Dylematy w drodze do La Quinta-paczka lodów Oreo czy 10 ziemniaków Aktualności

Wróć do listy artykułów

Lody oreo w waflu. Sięgam po nie niczym lunatyk. Biorę pudełko tych lodów z chłodziarki…

“Na dzień przed turniejem jedziemy poobijanym gruchotem Philla do La Quinty. Samochód wyrzuca z siebie wielkie kłęby czarnego dymu. Mamy wrażenie, jakbyśmy podróżowali za pomocą przenośnej letniej burzy.

– Może powinniśmy włożyć ziemniaka do rury wydechowej, żartuję.

Pierwszy przystanek robimy przy spożywczym. Stoję przed skrzynką z ziemniakami i mój żołądek wywraca się na drugą stronę: nie jestem w stanie zmierzyć się z kolejną pyrą. Odchodzę, idę dalej między półki i trafiam na dział z mrożonkami. Moje oko dostrzega szczególnie smakowity kąsek. Lody Oreo w waflu. Sięgam po nie niczym lunatyk. Biorę pudełko tych lodów z chłodziarki. W drodze do kasy spotykam mojego brata. Wślizgując się za nim od tyłu, delikatnie kładę pudełko z lodami na taśmie. Spogląda na nie, potem na mnie. Nie stać nas na to. Zjem to zamiast ziemniaka. Podnosi pudełko, patrzy na cenę i wydaje z siebie gwizdnięcie.

– Andre, to kosztuje tyle co dziesięć ziemniaków. Nie możemy.

– Wiem. Kurwa.

Wracając do chłodziarki, myślę: Nienawidzę Philla. Kocham Philla. Nienawidzę ziemniaków. Zamroczony z głodu wychodzę na kort, by pokonać Brodericka Dyke’a w pierwszej rundzie turnieju La Quinta 6-4, 6-4. W drugiej rundzie wygrywam z Rillem Baxterem 6-2, 6-1. W trzeciej rundzie pokonuję Russela Simpsona 6-3, 6-3. Następnie wygrywam swoją pierwszą rundę w turnieju głównym, grając przeciwko Johnowi Austinowi 6-4, 6-1. Po przerwie w pierwszym secie wpadam jak burza na kort. Mam piętnaście lat i pokonuję dorosłych mężczyzn, łoję im skórę, przepychając się przez rankingi. Wszędzie ludzie pokazują mnie sobie palcami i szepczą: O, to ten. To jest ten chłopak, o którym ci mówiłem – fenomen. Jest to najpiękniejsze określenie, jakie kiedykolwiek słyszałem. Nagroda za dotarcie do drugiej rundy w La Quincie wynosi dwa tysiące sześćset dolarów, ale jestem amatorem, więc nic nie dostaję. Mimo to Philly dowiaduje się, że organizatorzy będą zwracać zawodnikom koszty. Siedzimy w jego gruchocie i wymyślamy wyimaginowaną listę wydatków, włącznie z domniemanym lotem pierwszą klasą z Las Vegas, noclegiem w pięciogwiazdkowym hotelu oraz wystawnymi posiłkami w restauracji. Wydaje się nam, że jesteśmy przebiegli, bo nasze wydatki wynoszą dokładnie dwa tysiące sześćset dolarów. Mamy czelność, żeby tyle żądać, bo jesteśmy z Vegas. Całe dzieciństwo spędziliśmy w otoczeniu kasyn. Uważamy się za urodzonych pokerzystów. Uważamy się za życiowych ryzykantów, wytrawnych graczy. W końcu uczyliśmy się, jak obstawiać, zanim poznaliśmy tajniki siadania na nocnik. Ostatnio, kiedy szliśmy w Phillym przez kasyno Caesars, mijając jednorękiego bandytę, usłyszeliśmy, jak gra starą melodię z czasów kryzysu “We’re in the Money”. Znaliśmy tę melodię dzięki tacie, pomyśleliśmy więc, że to jakiś znak. Nie przyszło nam do głowy, że jednoręki bandyta grał tę melodię przez cały dzień. Usiedliśmy przy najbliższym stole do blackjacka i wygraliśmy. Teraz z tą samą buńczucznością wynikającą z naiwności zanoszę naszą listę wydatków do dyrektora turnieju Charliego Pasarella, a Philly czeka w samochodzie. Charlie to były zawodnik. Zagrał nawet najdłuższy mecz w historii męskiego singla na Wimbledonie z Pancho Gonzalezem. Pancho jest teraz moim szwagrem – ostatnio wziął ślub z Ritą. Kolejny znak świadczący o tym, że wraz z Phillem czujemy już forsę. Jednak najbardziej dobitnym znakiem ze wszystkich jest to, że jednym z najstarszych kumpli Charliego jest Alan King, organizator turnieju, który widziałem w Vegas, kiedy na kort wjeżdżały taczki ze srebrnymi dolarami i gdzie podawałem piłki wraz z Wendi, tam też po raz pierwszy wszedłem na kort o profesjonalnych wymiarach. Znaki, wszędzie te znaki. Kładę listę na biurku Charliego i robię krok w tył.

– Hmm, mruczy Charlie, spoglądając na listę. Bardzo ciekawe.

– Słucham?

– Zwykle wydatki nie pokrywają się tak precyzyjnie.

Czuję przypływ gorąca.

– Twoje wydatki, Andre, wynoszą dokładnie tyle, ile nagroda, którą mógłbyś odebrać, gdybyś był zawodowcem.

Charlie spogląda na mnie znad zsuniętych na nos okularów. Czuję, że moje serce kurczy się do rozmiarów ziarnka soczewicy. Zastanawiam się czy po prostu nie uciec. Wyobrażam sobie Philla i siebie mieszkających w gościnnym domku do końca życia Charlie tłumiąc śmiech, sięga jednak do kasy i wyjmuje plik banknotów.

– Masz tu dwa patyki, mały. I nie naciskaj mnie o te sześć stów.

– Dziękuję panu. Bardzo panu dziękuję.

Wybiegam na zewnątrz i daję nura do samochodu Philla. On rusza z piskiem opon, jakbyśmy właśnie obrobili największy bank w La Quincie. Odliczam tysiąc dolarów i rzucam nimi w brata.

– Twoja działka z łupu.

– Co? Nie! Andre, ciężko na to pracowałeś, brachu.

– Jaja sobie robisz? Pracowaliśmy razem. Philly, nie udałoby mi się to bez ciebie! Niemożliwe! Tkwimy w tym razem po uszy, stary.

Obydwaj mamy w pamięci owe trzysta dolarów, z którymi obudziłem się pewnego ranka. Myślimy też o tych godzinach, które spędziliśmy w naszym pokoiku i dzieliliśmy się wszystkim. Podczas jazdy nachyla się w moją stronę i ściska mnie. Później ustalamy, dokąd pojedziemy na obiad. Ślinimy się, chłonąc wzrokiem mijane restauracje. W końcu decydujemy, że okazja jest szczególna i niepowtarzalna, więc wymaga odpowiedniego potraktowania. “Sizzler”.

– Już mam w ustach smak żeberek, odzywa się Philly.

– Ja nie zamierzam poprzestać na zamawianych daniach. Za chwilę wsadzę głowę do misek z sałatkami.

– Mają w ofercie krewetki, których możesz zjeść tyle, ile chcesz.

– Będą żałować, że w ogóle wpadli na ten pomysł! -Jestem z tobą, brachu!

Przegryzamy się przez Sizzlera w La Quincie, nie zostawiając ani jednego ziarenka, ani jednej grzanki za sobą, a potem siedzimy obok siebie i gapimy się na pieniądze, które nam zostały. Układamy banknoty w rzędy, w stosy, głaszczemy je. Rozmawiamy o naszym nowym kumplu Benjaminie Franklinie. Jesteśmy tak napompowani kaloriami, że najchętniej zaczęlibyśmy prasować te banknoty żelazkiem, delikatnie wygładzając zmarszczki na obliczu Bena.”

Andre – Open

 

 

Zamów trening już dziś!

Znajdziemy dopasowany do Twojego grafiku zajęć czas i miejsce na trening w naszej szkole. Poświęcimy Ci maksimum uwagi i zaangażowania. Podzielimy się z Tobą doświadczeniem oraz merytoryczną wiedzą.

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu.