Strategia żółwia Aktualności

Wróć do listy artykułów

Gracz stosujący strategię żółwia zmusza nas do czekania, aż zacznie grać…

“Z żółwiem walczymy jego bronią.

Gracz stosujący strategię żółwia zmusza nas do czekania, aż zacznie grać. Wiem, że to trudne, ale trzeba być cierpliwym. Kiedy zauważamy, że rywal spowalnia grę, musimy być elastyczni. Nie poganiajmy. Nie przejmujmy się tym, aby nie poddać się zniecierpliwieniu. W żaden sposób nie możemy sprawić, aby rywal przestał się guzdrać, jeżeli robi to celowo (lub nawet mimowolnie). Niech więc żółw odprawi wszystkie swoje rytuały. Czekajmy cierpliwie. Cierpliwość. Kiedy w końcu będzie gotowy zacząć grę, dajmy na to zaserwować, nadchodzi nasza kolej, aby rzecz opóźnić. Podnosimy rękę i odchodzimy od linii. Poprawiamy sznurowadła. Odchodzimy od linii i prostujemy struny w rakiecie albo ocieramy pot. Teraz niech żółw na nas czeka. Potem, w naszym gemie serwisowym, dajmy i żółwiowi posmakować jego lekarstwa. Kozłujmy piłkę osiem albo i dziesięć razy. Odprawmy własne rytuały. Rywal na ogół w lot pojmie, o co nam chodzi. Wiem, co sobie myślicie. Przecież wszystkie te zagrywki psychologiczne mają wybić nas z rytmu. Tak czy inaczej jesteśmy w gorszej sytuacji. Otóż – niekoniecznie. Różnica polega na tym, że przejmujemy inicjatywę. Nie jesteśmy bierni. Nie poddajemy się obróbce psychologicznej. Bronimy się. To zasadniczo zmienia nasz stan mentalny. Polecam waszej uwadze drobną radę praktyczną. Przed rozegraniem punktu nie lubię czekać, aż przeciwnik raczy stanąć w postawie gotów. To rodzi napięcie i skłania do pośpiechu, kiedy w końcu rywal jest przygotowany. Kiedy więc nie jest przygotowany równo ze mną, po prostu odchodzę od linii i parę razy odbijam piłkę o ziemię, jeżeli serwuję. Jeżeli returnuję, odchodzę od linii i poprawiam struny w rakiecie. Wracam na linię wtedy dopiero, kiedy i rywal się szykuje. Ale nie stoję i nie czekam. Wy również nie powinniście. To, czy rywal się guzdrze celowo, czy mimowolnie, nie ma znaczenia. Jeżeli będziemy na niego czekać, może to zaszkodzić naszej grze. Lendl doskonale podkręcał tempo, gdy prowadził. Kiedy miał przewagę, metodycznie i bezlitośnie ją egzekwował. Ale gdy w trzecim, czwartym albo piątym secie stan był wyrównany lub rywal miał inicjatywę – zamieniał się w żółwia, skrajnie przedłużał przerwy w grze. Potrafił doprowadzić rywala do szału, kompletnie wybić z uderzenia. I trzeba powiedzieć, że przez długie lata sędziowie byli dla niego tak samo jak dla McEnroe o wiele bardziej pobłażliwi niż dla ogromnej większości pozostałych graczy. Przekonałem się, że najlepszą bronią przeciwko zagrywkom psychologicznym rywala jest własna inicjatywa. Zamiast biernie znosić sztuczki przeciwnika, warto odpowiedzieć – jak? Pięknym za nadobne. W tamtym meczu pozwoliłem Ivanowi wpłynąć na moje myślenie, dzięki czemu wybił mnie z uderzenia. On działał. Ja reagowałem. Bezczynność była najgorszym rozwiązaniem. Kiedy Ivan tak strasznie przeciągał przygotowanie do drugiego podania ( mamy na to 25 sekund), powinienem był interweniować u sędziego. Żądać, aby przywołał go do porządku. Gdyby to nic nie dało, to kiedy Ivan odprawiłby już wszystkie swoje rytuały przed następnym punktem i byłby przygotowany, powinienem odejść od linii, aby wytrzeć się ręcznikiem (poprawić sznurowadła, sprawdzić struny w rakiecie, usunąć rzęsę spod powieki lub zrobić cokolwiek innego). Powinienem sam spowolnić bieg wypadków, aby teraz on musiał czekać. Ale i na tym po części polegało mistrzostwo Lendla, że rozmiękczył mnie niepostrzeżenie. Zanim się spostrzegłem, zacząłem działać pod wpływem złości i frustracji. Wprawił mnie w taki stan, że chciało mi się wyć. Czy dlatego przegrałem? Nie. Ale na pewno była to jedna z przyczyn. Dynamika meczu to sprawa subtelna, a Lend w kluczowym momencie zapanował nad czynnikami, które mogą ją zmienić. Przegrałem, ponieważ nie zareagowałem należycie. Dlatego nie chcę, abyście sądzili, że Ivan Lendl ostatecznie ,,musiał” wygrać. Fakt, był bardzo mocny psychicznie i fizycznie. W większości wypadków wygrywał ze mną dlatego, że był tak piekielnie dobry. Teraz chodzi jednak o to, że w tych meczach, w których miałem szansę wygrać, Ivan potrafił wykorzystać inny aspekt gry – podstęp. Nie narzekam. Wojna psychologiczna jest nieodłączną częścią tenisa. Ivan doskonale rozumiał aspekty psychologiczne tenisa. Zilustruję to drobnym przykładem. W początkach mojej kariery, kiedy nie uważał mnie za groźnego przeciwnika, od czasu do czasu zapraszał na trening do swojej posiadłości w Connecticut. Ćwiczyliśmy na jego korcie ( na którym co roku zmieniał nawierzchnię na taką samą jak na US Open). Kiedy zacząłem stawiać mu większy opór w meczach turniejowych, zmuszając niekiedy do grania trzeciego seta – przestał mnie zapraszać. Ivan wiedział bowiem (tak samo jak ja), że te treningi wzmacniają mnie psychicznie przed meczami, które rozgrywaliśmy w turniejach. W trakcie naszych sparingów oswajałem się z jego sposobem gry, Ivan tracił miano legendy, a ja zapominałem o trwodze, którą niegdyś we mnie budził. Kiedy uznał, że może mnie to zbytnio rozzuchwalić, znalazł sobie nowego sparingpartnera. Jest mądry, zarówno na korcie, jak i poza nim.

Każdy może spotkać żółwia: Wiatrak i Dr J.

Mówicie, że aż takie zagrywki psychologiczne nigdy się nie zdarzyły w waszym środowisku tenisowym? No to świetnie. Mam nadzieję, że nigdy się z czymś takim nie zetkniecie. Ale to może się zdarzyć. Najlepszą historię z cyklu „opóźnianie gry” zachowałem na koniec. Jeżeli uważacie, że strategię żółwia stosują tylko zawodowcy, zaraz was przekonam, że występuje ona na każdym poziomie rozgrywek, również amatorskim i rekreacyjnym. Gdyby dane wam było przegrać z żółwiem, powiedzcie sobie po prostu, że rywal was przechytrzył. Wrócicie do domu smutni, ale mądrzejsi. Jesteśmy znów w San Francisco Tennis Club. Dale Crase i Julius Colbert (to ich prawdziwe nazwiska) rozgrywają półfinał turnieju amatorskiego. Sami sędziują i stosują przepisy ( co doprowadzi do komplikacji). Poznajmy ich bliżej jako tenisistów. Crase jest urodzonym cykaczem, ksywkę „Wiatrak” zawdzięcza niezwykłej technice serwisu. Kiedy zbiera się do podania, rękę, w której trzyma rakietę, ma opuszczoną i prostą w łokciu. Podrzuciwszy piłkę, uderza ją, wprawiwszy rękę z rakietą w ruch obrotowy bez uginania w łokciu. Nigdy nie ugina jej w łokciu – obraca nią niczym wiatrak, stąd ta ksywka. Colbert (ksywka „Dr J.”) jest niezłym atletą – grał w niższej lidze baseballowej, a z kariery wyczynowej zrezygnował z powodu kontuzji. Jego styl to gaz do dechy: wszystko albo nic. Przyśpiesza przy każdej okazji i zdarzają mu się naprawdę widowiskowe zagrania. Cóż, tylko zdarzają się. Ale przejdźmy do rzeczy. Wiatrak wygrał łatwo pierwszego seta 6-1 i prowadzi 4-1 w drugim. Zanosi się na szybkie zwycięstwo i awans do finału. Ale Dr J. łapie rytm. Trafia parę pięknych zagrań, co daje mu zastrzyk energii i ogromnie wzmacnia psychicznie. Nieoczekiwanie zdobywa sześć z siedmiu następnych gemów, aby wygrać drugiego seta 7-5. Remis, 1-1 w setach. Karta się odwróciła – teraz Dr J. jest w uderzeniu i Wiatrak zdaje sobie z tego sprawę. Przerwa. (Regulamin turniejów klubowych przewiduje, że przed trzecim setem zmienia się piłki na nowe). Siadają na krzesełkach. Wiatrak ma drobną prośbę: czy Dr J. nie ma nic przeciwko temu, że pójdzie do szatni, aby założyć suchą koszulkę? Skądże, Dr J. nie ma. Są kumplami, więc jakżeby mógł pozbawiać kolegę tej odrobiny komfortu. Wiatrak idzie do szatni. Dr J. dopiero po dłuższym czasie zaczyna czuć, że coś jest nie w porządku. Minęło cztery minuty. Minęło siedem. Trzynaście. Dr J. zaczyna się gotować. Nie mieści mu się w głowie, że można tak postąpić. Mija 18 minut, a Wiatraka ani śladu. W końcu po 22 minutach zjawia się Wiatrak, który wygląda tak, jakby właśnie dobrze się wyspał, wziął masaż i wypił napój orzeźwiający. Co niemalże jest prawdą. W szatni rzeczywiście zmienił koszulkę. Ale przedtem wziął prysznic, ogolił się, odświeżył i zjadł baton czekoladowy. Dr J. kipi ze złości. Kumpel go naciął. Co mówi, kiedy Wiatrak w końcu się zjawia na korcie? Nic. Ego każe mu milczeć. Nie domaga się walkowera, ponieważ zamierza zemścić się na korcie, po prostu stłuc dziada, wlać mu 6-0 w trzecim secie. Domyślacie się, co było potem. Wynik trzeciego seta rzeczywiście brzmiał 6-0. Tyle że dla Wiatraka. Dr J. nie był stanie trafić bliżej niż pół metra od kortu. Nie myślał, tylko klął w duchu. Nie wiedział, jak sobie poradzić ze strategią żółwia. I jak sobie poradzić z własną złością. Być może Dr J. powinien zdyskwalifikować Wiatraka ( chociaż pozwolił mu na tę wizytę w szatni). Być może powinien zaprotestować lub opuścić kort. Być może powinien pójść do domu na drugie śniadanie. A tak – pasztet. Dał się obrobić psychicznie i zapłacił za to. Tak jak ja zapłaciłem za bezmyślność w meczu z Lendlem.

Nie wolno pozwolić, aby gracz spowalniający grę zdekoncentrował nas i wybił z rytmu.”

Zamów trening już dziś!

Znajdziemy dopasowany do Twojego grafiku zajęć czas i miejsce na trening w naszej szkole. Poświęcimy Ci maksimum uwagi i zaangażowania. Podzielimy się z Tobą doświadczeniem oraz merytoryczną wiedzą.

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu.